Ultramaraton Bieszczadzki – relacja Anna Porada

Z nosa  jeszcze cieknie, dziób się cieszy, w głowie wciąż stopklatki. Ale ale od początku….

Ultramaraton Bieszczadzki przeszedł do historii. Zrobiłam to! Przebiegłam. Pokonałam. Dumna i szczęśliwa, a co najważnejsze bez kontuzji, o którą wcale trudno nie było. Bieszczady przywitały biegaczy śniegiem i błockiem. Kamienie i korzenie drzew szczerzyły się do nas zuchwale. Było naprawdę ślisko i niebezpiecznie. Na szczęście nie byłam tym wcale zaskoczona, bo skrupulatnie śledziłam prognozy pogody. Nastawiłam się na najgorsze .

Cisna przywitała nas zimnem. Jednak wbrew wszystkiemu, sam dzień startu był piękny. Zimny ale piękny. Chwilami nawet  słońce oświetlało połoniny, ale i chmura gradowa postraszyć też zdążyła. Pogoda na bieganie, jak dla mnie, wymarzona. Bieszczady w całej krasie. Może nie tak kolorowe, jak zwykle o tej porze roku, ale cudne na każdy możliwy sposób.

 7 rano, zwarte i gotowe, stanęłyśmy z Agatą na starcie. Ahoj przygodo! . Fajni ludzie wokół, lekkie rozluźnienie, kilka fotek…Ja radosna i jakaś jasna od środka. Jednocześnie z duszą na ramieniu. Wciąż kotłowały się w mojej głowie dobre rady męża (dwa takie biegi zaliczył) i  przyjaciół biegaczy, zapalonych ultrasów. ”Ania wolno zacznij, Ania bardzoooo wolno zacznij , Ania pamiętaj o jedzeniu i piciu i nie podpalaj się”. Od teraz niczym mantre zaczęłam je sobie powtarzać.

 No i poszły konie po betonie. Dosłownie wręcz, bo pierwsze km wiodłą szutrową drogą i asfaltem w kierunku Ustrzyk. Tłum ciągnie, biegnie się nad wyraz lekko, zbyt lekko, bo w głowie mam wciąż mantrę. Z trudem przychodzi mi hamowanie samej siebie, bo pamiętam przecież, że sił wystarczyć musi na długo, a to tu , to takie „pitu pitu” póki co. Biegniemy wspólnie z Agatą. W międzyczasie wciągam żel. O dziwo nie za słodki dziś dla mnie.  Mija czas. Rewelacyjnie oznaczona trasa. Kilometry odliczane w dół. Fajne okaże się później, kiedy zmęczenie narośnie, nie trzeba  będzie odejmować niczego. Szybko docieramy na 12 km. Tu pierwszy punkt kontrolny. Gonię szybciorem do toalety i robię kilka łyków cholernie zimnej coli. Biegniemy dalej. Wciąż czekam na te górzyska! Agata sadzi ostre susy, ja drobię swoimi małymi kroczkami. Naturalnie puszczam ją przodem, bo tak mi dobrze. Jeszcze parę chwil asfalt. W końcu wbiegamy na szlak. Na to czekałam całe 12 km. Pierwszy podbieg okazuje się podejściem . Wszyscy przechodzą do marszu. Wokół siebie widzę wciąż tych samych biegaczy. Wygląda na to, że mamy identyczne tempo. Biegniemy wespół. Wchodzimy wespół. Przyjaźnie i wesoło zagaduje ktoś raz po raz. Mijamy się, ale biegniemy koło siebie. Zaczyna się ogromne błocko. Szkoda myślę sobie, bo miałam nadzieję, że na zbiegach nadrobię. Zwykle mi to wychodziło. Pamiętam o piciu. Małymi łyczkami pociągam z bukłaka, podjadam żelowe gumisie .Wszystko to robię z rozsądku ….bo mantra .. .  Kilometrów wciąż ubywa. Jestem tym zachwycona. Co rusz wyłaniają się piękne widoki. Szybko zaprzyjaźniam się z dwoma biegaczami, z klubu „Łubu dubu” Grudziądz. Tak wespół/zespół biegniemy sobie w trójkę. Radosne chłopaki .Lubię to! Jestem naprawdę szczęśliwa, w ogóle nie zmęczona. Wspólnie  docieramy do 26km.Punkt kontrolny i żywieniowy. Popijamy izotonik. Każdy coś tam zjada i dalej w drogę. Kolejny etap za  i przed nami. Znów około 2 km asfaltu….buuu. Przyroda wokół coraz bardziej zachwyca. Ja oczekuję osławionego, trudnego podejścia na Berdo  i Hyrlatą. Jest i ono. Koło 30 km zaczyna się. Już nie słychać gadania, jedynie głębokie westchnienia i sapanie . Mimo, że mam nogach podejścia na kilka czterotysięczników, tu jest naprawdę trudno. Mokro. Bez żartów. Ale jest i nagroda! Niczym fatamorgana, na podejściu, naszym oczom ukazuje się elegancki pan, w nienagannym smokingu i białej koszuli, grający na wiolonczeli ! Śmiejemy się w głos i bijemy brawo. Jesteśmy bardzo ubłoceni, a tu taka francja-elegancja. Chłopaki z Grudziądza strzelają nam wspólną fotę i rypiemy dalej. A mnie w głowie leci „..prześliczna wio..wiolo..wiolonczelistko ..na nana….Sama śmieję się do własnych myśli. Na podejściu nasz peleton rozciąga się bardzo i gubimy jednego z „Łubu dubu”. Jeszcze tego nie wiem, ale ja zyskuję wiernego towarzysza na resztę kilometrów. Biegniemy z Tomkiem w jednakowym tempie. Podchodzimy tak samo i identycznie zbiegamy. Jest raźniej nam obojgu. O ile do 30 km towarzystwo wokół było niekonieczne, wręcz zbędne, to po trzydziestym robi się to bardzo ważne. Nie klepiemy, jak papugi. Zgrały się nasze miarowe oddechy i gonimy do celu. Współodczuwanie . Co jakiś czas ktoś rzuca niewymuszonym zdaniem, drugi dopowiada. Oboje czujemy, że fajnie tak nam razem. Trasa trudna, coraz trudniejsza. Śmiejemy się, że teraz to już tylko upływa czas, a kilometry stanęły w miejscu. Jednak bez kryzysów docieramy do 38km. Kolejny punkt żywieniowy i kontrolny. Kluczowy, bo dotrzeć tu trzeba było przed upływem 6 h. Docieramy  z ponad półgodzinnym zapasem. Rewelacyjnie zaopatrzony bufet. Cudowni ludzie. Nie wiemy co jeść i pić, by potem tego nie odżałować. Choć daleka droga jeszcze, już czujemy się zwycięzcami.  W powietrzu euforia. Wolontariusze gratulują, nagradzają dobrym słowem i pysznościami. Tu wszystko smakuje niczym ambrozja. A do mojej ciepłej herbatki, przesympatyczna pani dolewa malinowego “prądziku”. Śmiejemy się wszyscy jeszcze zanim ją wypijam. Cudnie rozgrzewa  moje gardło. Niefortunnie, dzień przed wyjazdem musiałam przyjąć drugą dawkę szczepionki, która lekko mnie osłabiła. Rano obudziłam się ze spuchniętym łapskiem 😉 i delikatnie drapiącym gardłem. Na czas biegu, totalnie wyparłam ten fakt, ze swojej podświadomości. Startujemy dalej. Znów trochę asfaltu…. I …

 I w końcu zaczyna się ultra .Błocko, ślisko. Góra, dół. Góra, dół. Podskakujemy. Przeskakujemy. Lewitujemy. Dyszymy. Biegniemy. Idziemy. Do głowy przychodzą mi teksty piosenek, niesłyszanych od wieków. Od „Bieszczadzkich aniołów…”, po harcerskie „ Za górą góra , za lasem…” . Kiedy masz nadzieję, że to już MUSI być ostatnie podejście i ostatni zbieg, niepostrzeżenie wyłania się kolejny. I tak dalej , i dalej tak . Liczyć przestałam już wszystko. Czasem tylko od prozy sportowych zmagań odrywają nas niesamowite widoki. I znów w życiu okazuję się być szczęściarą. Tomek, mój nowy przyjaciel doli vel niedoli 😉 , patrzy na świat podobnymi oczyma. Nasze „wow” nad widokami brzmi jednogłośnie, i mięcho też leci równo, nad wizją kolejnego wzniesienia .  Jednak wszystko to sprawia ,że czuję się świetnie. Jest fajnie, cholernie fajnie. Już wiem, że nic złego nam się zdarzyć nie może, a ja wrócę tu za rok i naprawdę podgonię czas z tych zbiegów . Rzekome ostatnie podejście pod Okrąglik okazuje się trudne i błotniste. Zapłatą za trud są piękne widoki, połoniny oświetlone słońcem .A jeszcze chwilę wcześniej gradem sypnęło przez moment. Trasa rozdeptana mocno przez biegaczy, ale nam jest już wszystko jedno. Odczuwamy zmęczenie, ale nie marudzimy. Jeszcze jakieś osiem , może dziewięć km i podobno tylko w dół. Cieszy nas to bardzo, choć za chwilę okazuje się, że  nużące podejścia będą do samego końca. Małe Jasło brzmi niewinnie, ale jak się już ma w nogach sporo kilometrów, kolejne podejście wcale tak niewinne nie jest. Tu już wyglądamy mety. Irracjonalne, ale im bardziej czujemy w nogach trasę, tym szybciej się poruszamy. Ostatnie kilometry pokonujemy biegiem, mijając przy tym wiele osób. Na 51 km widok sanitariuszy i noszy  troszkę nas ostudza, ale nie na długo. Sadzimy długie susy. Bynajmniej tak nam się wydawało. .Rzeczka pokonana w podskokach. Tłum, który stał na wylocie do mety, już od samego mostku, dodawał skrzydeł. Wpadliśmy na metę radośni. Naprawdę szczęśliwi. Z pewnością za mało zmęczeni, jak na ultarmaraton. Cudownie jest poczuć TEN stan. Endorfiny buchały nam chyba z uszu, ale nie tylko nam, bo tam wszyscy wpadali sobie w ramiona . Na mecie Tomka wyczekiwała familia, a ja szybko odnalazłam równie  moją szczęśliwą Agatkę.

Metę przekroczyliśmy z czasem 7h 59 min, co dawało mi 392 msc, 51 wśród kobiet, 12 w swojej kategorii . To chyba całkiem przyzwoicie, jak na tyle szczęścia 😉 . Wrócę tam jeszcze. Mądrzejsza i silniejsza.

Jeszcze coś o organizacji. Krótko, bo DOSKONAŁA!!!!Wszystko dopracowane i dopieszczone. Czuje się to na każdym kroku, że robią to ludzie z pasją i doświadczeniem. Amen  .

Lodzka 5

lodzka 5

Teodory ukryty link

Biegi Ulicami Sieradza

warchlak opole

loszka elite opole

loszka opole

dzik elite opole

dzik opole

ttt